*Scroll down for the English version*
How to live?
Czasy mamy, jakie mamy. Kryzysy finansowe, gospodarcze, egzystencjalne,
wzrost tempa życia i ciśnienia na konsumpcję. Dla naszych rodziców to
zasadnicza zmiana jakościowa, bo sami poznali wolny rynek jako dorośli ludzie i
ledwo się go nauczyli, spadły na nich globalizacja, cyfryzacja życia i kolejna
rewolucja obyczajowa. Pokolenie urodzone w latach 80-tych wychowywało się już w
atmosferze wolnorynkowej przy dźwiękach mantry „ukończone studia gwarancją
dobrej pracy i dobrobytu”. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ich zapędy, a
widząc bolesne upadki pierwszych rzędów, młodszemu pokoleniu odechciało się
maszerować w kolumnach. Zajętym wiązaniem końca z końcem rodzicom nie wystarcza
czasu na nawiązanie kontaktu z własnymi dziećmi i przekazanie im choćby
odrobiny wartości, na których sami się wychowywali. Załamują ręce, mówiąc o
nowych, gorszych czasach, a zapominają, że to w pewnej mierze efekt ich
lenistwa i ignorancji. Łatwo zrzucać odpowiedzialność na szkołę i pedagogów, a
trudniej przyznać się do własnych błędów. Nic dziwnego, że jak się dzieciaki
napatrzą na zaharowanych, a mimo to ciągle sfrustrowanych rodziców, narasta w
nich pragnienie ucieczki od takiej rzeczywistości. Od schematów zachowań,
struktur korpo, godzin pracy i planu żywieniowego zaczynającego się od chleba z
szynką w zatłuszczonym papierze śniadaniowym, a kończącego odgrzewanym obiadem
popijanym przez ojca browarem z puszki. To wydaje się być nawet większym dramatem
niż ten rozgrywający się na ekranie telepatora, w który domownicy gapią się
przez resztę wieczoru.
Młodzieży pozostaje tylko wybór drogi ucieczki od przeciętności. Jedną z
nich może być wstępowanie w jakieś zorganizowane struktury – od przyszkolnych
kółek zainteresowań po młodzieżówki partii politycznych – aby w ten sposób
zrealizować potrzebę przynależności i bezpieczeństwa. Po co się męczyć i szukać
samodzielnie po omacku prawdy w morzu informacji i opinii, skoro można się
schować pod skrzydłami kogoś bardziej zdecydowanego, kto zdaje się posiadać
wiedzę tajemną, jak spowodować zmianę istniejącego systemu na lepsze? Można też
wycofać się z głównego nurtu życia społeczeństwa, nie angażować w sferę
polityki, na którą „i tak nie ma się wpływu”, a zamiast tego skupić na sobie.
Spróbować samorealizacji w myśl maksymy „pracujemy, żeby żyć, a nie żyjemy,
żeby pracować”. Trochę jak w przypadku hipsterów, o których pisałam na początku
roku. Alternatywą, która łączy niezadowolenie z istniejącego stanu rzeczy z
niewiarą w możliwość zmiany jest znana z polskich rapsów droga „prawdziwego
ulicznika” (podwór. łac. mam wyje*ane).
W Polsce target rapowy zaczyna się na nastolatkach kończących podstawówkę i
kończy na ludziach wychowanych na tej muzyce, obecnie góra
trzydziestoparoletnich. Ci ostatni zaczęli z nim przygodę w okresie swojego
nastoletniego buntu i dał mi dokładnie to, czego wtedy potrzebowali. Sam rap z
upływem lat ewaluował - ludzie, którzy nawijali o biedzie i o podwórkowych
zajawkach, zyskali grono fanów i zaczęli na tym zarabiać. Pieniądze zmieniły
ich sytuację i zaczęli mówić o swoim nowym życiu i nowych możliwościach. Fan
dorastający razem z twórcą, nadążał za tymi zmianami. Rozumiał
eksperymentowanie z innym brzmieniem i gatunkami. W pewnym momencie okres jego
buntu przeminął, wstał z ławki i dotarło do niego, że jakby nie było policji,
to nie miałby komu zgłosić kradzieży roweru. Zaczął rozumieć, jak jest skonstruowany
system. Pozostało więc zdecydować, czy ma ochotę słuchać opowieści swoich
dotychczasowych idoli o tym, ile pieniędzy wydają na jakie używki i jakie
kobiety. Z drugiej zaś strony mamy dzisiejszych nastolatków, dla których
te historie nie są ani trochę kompatybilne z bardzo aktualną i bardzo silną
potrzebą buntu i chronicznym brakiem większej gotówki. Albo jakiejkolwiek
gotówki. To, z czym się mogą utożsamić to rap podwórkowy, biedny, odrzucający
system, który nakłada obowiązki, a nie daje namacalnych korzyści. Najczęściej
wskazywanym wrogiem (tak istotnym przecież dla instytucji buntu) są organy
wymiaru sprawiedliwości, które stają na przeszkodzie w realizacji postulatu
absolutnej wolności jednostki.
W ubiegłych latach podaż raperów wykładających zasady życia na ulicy
znacznie wzrosła. Skala ich popularności ewidentnie świadczy o tym, że problem
jest realny. Nie trzeba być wytrawnym znawcą tematu, żeby zauważyć, że ta sława
najczęściej wcale nie wynika z ich niezwykłych umiejętności storytellingu,
używania zmyślnych metafor, homonimów, hashtagów i wielokrotnych rymów oraz
skomplikowanego flow. Chodzi raczej o to, że młode pokolenie jest głodne
emocji. Nie przekonuje go tradycyjny plan na życie, w który po studiach zakłada
się rodzinę i utrzymuje ją z owoców ciężkiej pracy. Karmieni kolorowymi
obrazkami z tabloidów, szczegółami z luksusowego życia celebrytów nastolatkowie
łakną fajerwerków, chcą, żeby codziennie się coś działo. Nie mają jednak
pomysłu, jak zrealizować swoje marzenia o dostatku. Nie chcą czekać. Wydaje im
się, że wszystko im się należy tu i teraz. Nie dostając gwiazdki z nieba,
pielęgnują w sobie frustracje i w końcu pojawia się nienawiść do tych, którzy
coś osiągnęli. Nie dokonują przy tym rozróżnienia na ludzi, którzy mieli łatwy
start dzięki zasobom finansowym rodziców a tych, którzy na swój sukces ciężko i
systematycznie pracowali. Pozbawieni pomysłu na własną przyszłość skupiają się
na teraźniejszości i na bodźcach fizycznych. Nie eksperymentują z używkami –
one stają się dla nich chlebem powszednim, który pozwala nie myśleć z lękiem o
tym, co będzie dalej. Niedobór naturalnych endorfin próbują uzupełniać
adrenaliną – hormonem strachu, walki i ucieczki. Nie wierzą, że są w stanie coś
osiągnąć, więc propagowane w ulicznym rapie ambicje na poziomie dzielnicy,
trafiają do nich bardziej niż postulaty podbijania świata. Po co żyć marzeniami
bez gwarancji zwycięstwa, skoro można po prostu być dobrym ziomeczkiem,
szanować innych ziomeczków, a wszystkie problemy rozwiązywać wykręcaniem innym
ręki lub skręcaniem sobie blanta? Twardy charakter? Super! A gdyby tak
wykorzystać go w pogoni za szczęściem, a nie łebkami po zaułkach?
Wzrost niepokojów społecznych wśród młodzieży widoczny jest na każdym
kroku, ale problem nie jest przedstawiany w mediach rzetelnie. Gdyby wierzyć
środkom masowego przekazu, zamieszki na przedmieściach Paryża, w Wielkiej
Brytanii, w Grecji ZAWSZE wywołują zorganizowane grupy przestępczej młodzieży,
nieprzystosowanej do życia w społeczeństwie i dla zasady walczące z systemem,
którego nie rozumieją. Oczywiście słyszy się czasem, że bezrobocie wśród
młodych, także wykształconych, ludzi w Europie osiąga kilkudziesięcioprocentowe
wartości. I że czują się oszukani przez system, który ich wyklucza z obiegu
(m.in. nie dostosowując oferty edukacyjnej do potrzeb dynamicznie zmieniającego
się rynku) i uniemożliwia im normalne funkcjonowanie. Niestety brakuje czasu
antenowego, by ten problem poruszyć, bo dziś w wiadomościach o wymianie
impertynencji między parlamentarzystami, o Smoleńsku, atakach szaleńców w
kraju, gdzie każdy może kupić broń, trzęsieniach ziemi w regionach o dużej
aktywności sejsmicznej i psie spod Radomia, który potrafi zrobić salto w zamian
za wieprzowe uszy.
Ciekawe czy chociaż środowiska akademickie się przyglądają takim
zagadnieniom. Na potrzeby prac semestralnych, a może nawet magisterskich. Z
drugiej strony, wszyscy wiemy, że najczęściej wiedza wygenerowana na uczelni
nie opuszcza jej murów.
***
How to live?
Times are tough. Financial, economic, and existential
crises, increasingly rapid pace of life and pressure to consume more and more.
For our parents this change is fundamental, qualitative, because they were
introduced to the free market mechanisms only as adults and barely they learned
it, the globalization, digitization of life and another revolution in manners
and morals fell upon them. The generation born in the 80's, grew up in
capitalism, to the sounds of the "university graduation guarantees finding
a dream jobs and welfare" mantra. But this approach soon turned out to be
far from the truth and their aspirations had to be revised. Watching the front
rows falling, younger generation lost interest in marching in columns. Today
parents are so busy trying to make ends meet, they don’t have time to spend it
with their children, and to share at least a little bit of the values they were
raised with themselves. They wring their hands, complain about the new, bad
times, and somehow they forget that to some extent this is a result of their
own laziness and ignorance. It is easy to throw the responsibility on schools
and teachers, and more difficult to admit their own mistakes. It's no surprise
that when the kids take a good look at their working like a horse, yet still
frustrated, parents, all they want is to escape from such a reality. From the
imposed patterns of behavior, corporate structure, fixed working hours and
nutritional plan that begins with a ham sandwich in a greasy breakfast paper,
and ends with a warmed up chop which father washes down with a canned beer.
This drama seems to be even bigger than the one on TV which the whole family
watches for the rest of the evening.
All they have to do is to choose a way to escape the average.
One of them may be entering into some kind of organized structure - from a
school study groups to political youth wing - in order to satisfy a need of
affiliation and security. Why bother and search for the truth in the sea of
information and opinions by yourself, if you can cling to someone stronger, who
seems to possess the secret knowledge how to make the world a better place? One
can also withdraw from the mainstream, stay away from the politics which he thinks
he can’t influence anyway, and instead of all that, he can focus on himself -
try self-fulfillment in accordance with the maxim "work to live, don’t
live to work". A bit like the hipsters I wrote about at the beginning of
the year.
An alternative which combines dissatisfaction with the status quo and disbelief that it may change, is something that in
Polish rap is known as a way of a "real street thug" (in colloquial
speech: I don’t give a f***).
In Poland, the rap target begins with elementary school
teenagers and ends with the people who grew up with that music, now in their thirties.
The latest’s adventure with rap began during their teenage rebel and gave them
exactly what they needed at that time. Rap itself evolved over the years -
people who talked about their poverty and backyard vibe, gained a bunch of fans
and started to make money on that. The income changed their position and
naturally they began to rap about their new lives and new opportunities. A fan
following the artist from the beginning was able to keep up with these changes.
He understood the need of experimenting with other sounds and genres. Then at
some point, the period of his teenage angst came to an end, he stood up from
the bench and started to wonder whom would he report the theft of a bicycle, if
there was no police? He began to understand how the system works. And had to
decide whether he wanted to hear stories of his past idols about how much money
they spend on class A drugs and class B women. On the other hand, we have
today's teenagers, for whom such stories are incompatible with their desperate
need for rebellion and a chronic lack of cash. All they can identify with is
this rap about the street life, poverty, rejecting the system that imposes
obligations and does not grant tangible benefits. Number one enemy (crucial to
the rebellion) is the law enforcement, which stands in a way of individual’s
absolute freedom.
Recently the number of rappers preaching the principles
of the street life has increased significantly. The scale of their popularity
leaves no doubt that the problem exists. You don’t have to be an expert on the
subject to notice that their fame usually doesn’t come from their unique
storytelling skills, use of clever metaphors, homonyms, multiple rhymes,
hashtags and complex flow. It’s more about appeasing the young generation’s
hunger for excitement. Because it doesn’t buy the traditional life plan, where
after graduation one sets up home and works hard to provide for it. Intoxicated
with colorful pictures from tabloids, with details of luxurious lives of
celebrities, teens crave fireworks, they want exciting things to happen all the
time. But they have no idea how to make their dreams of prosperity come true.
They don’t want to wait. They believe they deserve everything. They cry for the
moon and if they don’t get what they want, they get frustrated and finally
start to hate everyone who had achieved something. They don’t even make the
distinction between the people who have had an easy start through financial
resources of their parents and those who actually owe their success to hard and
systematic work. Lacking ideas for their own future, they focus on the present
and on the physical stimuli. They experiment with stimulants which become their
daily bread, calming their fear of what’s coming up next. They try to
supplement natural endorphins with adrenaline - the hormone of fear, fight and
flight. They don’t believe they can achieve anything at all, so simple
ambitions, propagated in street rap music, are more convincing to them than
unrealistic calls to conquer the world. Why live a dream with no guarantee of
success, if you can just be a good fellow, respect other boys in the hood and
solve all the problems by twisting somebody’s arm or rolling a blunt? Building
a tough character? Great! But how about using it on the pursuit of happiness,
not to chase black-hearted
villains in the alleys?
Increase in social unrest among young people is visible
wherever you go, but the problem is not presented in the media honestly. If you
believed the broadcast, the riots in the suburbs of Paris, in the UK, or Greece
are ALWAYS caused by organized criminal groups of young people, who fail to
adapt to life in a society and on principle fight the system, they don’t
understand. Of course, from time to time we hear that unemployment among young,
also well educated, people in Europe reaches tens of percent. And that they
feel betrayed by the system which excludes them from the labor market (i.e.
failing to adjust educational offer to the needs of the rapidly changing market)
and does not allow them to function normally. Unfortunately, there’s lack of
coverage to raise this issue, because today media present breaking news about
exchange of impertinence between parliamentarians, Smolensk-gate, attack of a
lunatic in a country where anyone can buy a gun, earthquakes in regions with
high seismic activity and a dog from Radom, which can make somersault in
exchange for pork ears.
I wonder if at least the academia looks at these issues.
For the purpose of term papers, or maybe even master thesis. On the other hand,
we all know that most of the knowledge generated at the university never leaves
its walls.